Długo mnie nie było.
Ostatnio zająłem się inwestowaniem. A jak zarobiłem zainwestowane pieniądze, poczułem się jakoś inaczej. Bardziej otwarty na nowe rozwiązania. Nie, że jestem zależny od mojej pracy. Nie czułem tego ani nalewając ludziom piwo, ani tnąc im włosy, ani ucząc angielskiego. Kiedyś w pijackim widzie, kiedy już powodziło mi się lepiej, zagrałem swoją kasą w kasynie (mój pierwszy raz) i, o dziwo, udało się. Zarówno wygrać jak i wyjść. Tak już jest, pijacy mają szczęście. Nie wiedziałem co zrobić z taką kupą forsy, to kupiłem mieszkanie i wynająłem, resztę wsadziłem na lokatę. Teraz mam dwa dochody i głowę wolną od pieniędzy. I to jest właśnie ten moment. Nie muszę już się zajmować sprawami typu "kupić proszek za 20 czy za 30 złotych?"abo "ile odłożyć z wypłaty, żeby polecieć do Herezji?" (tak, ona będzie mnie męczyć przez resztę mojego życia)
Bawię się pieniądzem. Kiedyś spoliczkowałbym się za takie zdanie. Jesteście już oburzeni?
Nie, nie, nie chodzi mi o robienie ogniska z banknotów czy zrzucanie ich samolotem na miasto, sprawdzam nowe sposoby inwestowania i nie płaczę, kiedy ten pieniądz stracę. Ludzie boją się inwestowania, bo nie mają czym inwestować, a ewentualna utrata pieniądza może pozbawić ich dachu nad głową. Ja ich rozumiem. I nie chcę zapomnieć, że też miałem ten problem. Ale ja nie o tym.
Testuję teraz piramidę pięciozłotówek Roberta Kiyosaki. Chyba wszyscy dostali ten list od spamujących obywateli Internetu, w którym obiecywali złote góry. Jebią mnie złote góry, chcę zobaczyć, czy to działa.
Cała zabawa polega na zainwestowaniu pięciu złotych. Z milion razy dałem piątaka żebrakowi na ulicy, grajkowi, milion razy wpadło mi do studzienki ściekowej. Milion razy wydałem pieniądze w głupi sposób, więc czemu nie posłać piątki komuś tam w kosmosie?
W liście podanych jest 5 numerów kont. Piątala wysyła się na konto pierwsze, po czym kasuje się je, a na ostatnie miejsce dopisuje się swoje własne konto zmieniając odpowiednio numery. Posyłam ten list do maksymalnej ilości osób i zapominam o całej sprawie. Co się wtedy dzieje? Osoby, którym posłałem list, poślą swoje listy do innych osób, a te inne do jeszcze innych. Kiedy już dojdzie do nich ten list, a moje konto będzie na pierwszym miejscu, zaczną spływać pieniądze. No to zobaczymy czy spłyną :)
Kto się bawi ze mną, poślę maila ze szczegółami.
inloveintrust@o2.pl
Pomyślałem sobie, że po to mam blog, by pisać w nim wszystko co do głowy mi przyjdzie. To ja sobie ponarzekam. Źle spałem (tak jak Świetlicki kiedyś). Nie pamiętam czy śniły mi się obowiązki i konieczność skruchy, pewne jest to, że ułożyłem się w niewygodnej pozycji i zepsułem sobie szyję, o czym przekonałem się rano próbując obrócić głowę w prawo, żeby sprawdzić, czy budzik nadal gra wieśniacką melodyjkę na nutę disco-polo (to jedyne co jest w stanie mnie obudzić i zmotywować do wstania i wyłączenia budzika). Tak już mam, że muszę widzieć, aby słyszeć. Boli mnie szyja, kark i nie ma żadnej dziewczyny w stylu sąsiadka, która mogła by mi ją wymasować. Tak właśnie. Sąsiadka przestała być moją dziewczyną, a potem sąsiadką. Myślę sobie, że bycie wolnym wcale nie jest takie przyjemne, jak wmawiają mi kumple, którzy są stanu wolnego (wszyscy dwaj, reszta ma partnerki/partnerów, większość nawet dzieci. Cóż...chyba dopada mnie kryzys wieku średniego). Nie jestem przyzwyczajony nikogo nie mieć. Mój najlepszy kumpel (jeden z tych dwóch wolnych) mówi, że mój stan nie będzie trwał długo i znacząco spogląda w lustro. Myśli, że ja wyglądam lepiej od niego, bo mam o dwie fałdki mniej od niego na brzuchu i podbródku. To oczywiście oznacza, że "on ma gorzej". Nie chce mi się go licytować, nie potwierdzam i nie zaprzeczam. Skrycie myślę, że to ja mam gorzej. Nie chce mi się już chodzić na imprezy, zamykam się w mojej norze i czytam książki. Moje szanse na zmianę stanu maleją, chyba że poznam jakąś dziewczynę w bibliotece albo w księgarni. Wybucham śmiechem zapominając że tylko to myślę, a nie mówię. Kumpel patrzy pytająco. Potem gadamy o książkach i atmosfera się przeluźnia. Boli mnie szyja.
skomentuj (3)
To zaskakujące jak bardzo brakuje nam starych przyzwyczajeń. Nie mówię o nałogach, ale o miejscach, drodze do pracy, o tym co robisz na co dzień. Nagle musisz to zmienić i trrach. Coś się łamie i zwisa bezwładnie, jak strzęp skóry, której jednak nie możesz oderwać, nawet nie chcesz, bo to przecież t w o j a skóra.
Kiedyś odczuwałem bóle w nadgarstkach, początkowo lekkie i do zniesienia, później zaczęły puchnąć po całym dniu pracy. Kiedy lekarz kazał mi zmienić pracę, zabrzmiało to jak wyrok. Mam nagle przestać robić to, co umiem najlepiej. Nigdy nie będę już fryzjerem. Nie zrobię egzaminów mistrzowskich. Nie będę już podrywał ślicznotek, których włosów i karku w tym jednym jedynym miejscu - w swoim zakładzie - mogłem dotykać bezkarnie. Do widzenia Stary, do widzenia Leon, do widzenia Anka, do widzenia nożyczki i wałki do trwałej.
Może nie takie definitywne do widzenia, przecież mogę to robić co jakiś czas, ale... do widzenia stare przyzwyczajenia.
Teraz jestem panem od angielskiego, tłumaczem i korektorem po godzinach. Znajomi, a raczej znajome wcale nie ułatwiają mi wejścia w nowe życie. Magda przyszła z płaczem i mówi: "Patrz co oni mi zrobili z włosami!" Co oni jej zrobili z włosami. Faktycznie, zrobili jej siano. Zły rekonesans, zły rozjaśniacz, zła marka. Biorę nożyczki, od jakiegoś czasu leżące w brązowej świętej szkatułce, a szkatułka w pudle z fryzjerską przeszłością. Biorę nożyczki i znowu czuję tę magię.
Młody pilnuje, żeby nie powstał w domu zakład fryzjerski, bo to znowu skończy się dla mnie źle. Po skończonym zabiegu ratowniczym trudno włożyć mi nożyczki tam z powrotem.
Nie jestem panem od angielskiego. Jestem fryzjerem.
http://www.youtube.com/watch?v=sJ6k6sOszWA
Za cholerę nie mogłem zrozumieć co mówi, ale też mi łzy ciekły ze wzruszenia...
Bo nie ważne z jakim skutkiem, ale włożył w to sporo wysiłku.
W końcu ZNALAZłEM.
No, no, jest fajnie, u mnie wszystko w porządku, nikt nie umarł, nikt się nie ożenił, nie zmienił pracy.
Biorę prochy na depresję, a pani doktorka ładuje mi łopatą do głowy afirmacje.
Jest wiosna, moja dziewczyna zamieniła dżinsy na sukienki, nie mogę się opanować, kiedy na nią patrzę.
Nasze psy i koty ganiają siebie nawzajem albo własne ogony.
Kupiłem bilety na Opener Heniek Festiwal i Pearl Jam.
Nikomu jeszcze nie obciąłem ucha.
Zarzucam wędkę, łowię ciekawe historie.
Wiem, nie spodziewaliście się, ale zmartwychwstałem.
Można być nieszczęśliwym nawet mając świetną pracę, w której się spełniasz i rozwijasz. Możesz zdać świetnie egzaminy mistrzowskie i być chwalony przez szefa. Możesz mieć piękną kobietę u boku która cię kocha i świetnych przyjaciół drzwi w drzwi. Można się uśmiechać na co dzień z ciężkim mułem w środku - takie malutkie oszustwo.
I to się wtedy nazywa depresja.
Do terapeuty poszedłem sam. Właściwie do terapeutki. Powiedziała mi o mnie wiele ciekawych rzeczy. I niewygodnych.
Zrugała mnie, że jestem leniem i nie chce mi się pracować nad sobą. Ma rację, desperat jest najlepszym doradcą dla innych, sobie nie pomoże. Ale teraz ona pomaga mi. Moja księżniczka się boi, że zakocham się w terapeutce, tak często u niej bywam.
Nic nie mówi (nie chce mnie dodatkowo dręczyć?), ale zachowuje się trochę inaczej, kiedy wracam z sesji. Trzeba wtedy, żebym wziął sprawy, żebym wziął JĄ w swoje ręce. Raz nie podziałało, więc zrobiłem dla niej koncert (młody sobie kupił ostatnio gitarę ze wzmacniaczem) i zaśpiewałem "I believe in the thing called love". Oczywiście nie mam tak szerokiej skali głosu, więc mogłem nieco fałszować. Byłem już pewny że fałszuję, kiedy przyszedł rozbawiony Błażej pytając czy mnie zarzynają i proponując że on zabije oprawcę. Nikt nikogo nie zabił, za to wyciąłem Błażejowi fajnego crusta, a kiedy wrócił bro ze znajomymi, zrobiła się fajna impreza. Już nie tylko ja fałszowałem.
Life goes on